Co daje prowadzenie bloga i dlaczego Miau, a nie Hau. #ŁawaNaKawę

Co daje prowadzenie bloga i dlaczego Miau, a nie Hau. #ŁawaNaKawę

Natalia Harwig - świetna blogerka, zaczynająca pisarka, wielbicielka kotów, kobieta nieszablonowa. Feministka. Mówi o sobie "ja i krótki tekst to oksymoron". Pewna siebie i pracowita. Nie lubi stać w miejscu. 

W drugim odcinku legendarnej już serii #ŁawaNaKawę, autorka Wypstrykando.pl zabierze nas w czeluście swojej osobowości, powie nam jak się zmotywować do pracy, jak to jest z tym blogowaniem i dlaczego lubi koty mimo, że jej pies pochodzi z Asgardu.

Będzie też o tym jak zacząć pisać własną powieść, co daje prowadzenie bloga oraz jaki jest stan polskiej literatury. Zaparzcie mocną kawę i zacznijcie lekturę.

 

Ja i "krótki tekst" to oksymoron.


Skąd pomysł na pisanie bloga? Studia? Potrzeba duchowa? Wstałaś rano i dotarło do Ciebie, że to Twoje powołanie?

To nie było do końca tak, że wstałam rano i po prostu wiedziałam, że tego chcę. To było trochę błądzenie po omacku, ale na moje szczęście, w bardzo młodym wieku. Pierwsze spotkanie z „piórem” miałam w wieku dziewięciu lat; to wtedy napisałam pierwszą „powieść”.

Miała raptem dwadzieścia stron i uważałam to za swoje życiowe dzieło. Kiedy chciałam się pochwalić rodzicom, okazało się, że tekstu nie było – mój starszy brat robił format komputera, a że plik znajdował się na pulpicie… Cóż, to był dla mnie potężny cios. W późniejszym okresie pisywałam drobne tekściki, ale wszystko zmieniło się, gdy poznałam moją przyjaciółkę i w dużej mierze jej zawdzięczam to, że dzisiaj piszę.

Uwierzyła we mnie jako pierwsza. Wzięła mój tekst napisany na kolanie, w zeszycie i powiedziała coś w stylu: „łał, to jest świetne”. Pisałam coraz więcej by ona miała więcej do czytania. Nim skończyłam gimnazjum, wiedziałam co chcę robić w życiu.

Pracowałam by dostać się do renomowanego liceum z najlepszym profilem humanistycznym, następnie studia filologiczne. Już w wieku piętnastu-szesnastu lat wiedziałam, że chcę zostać pisarką. I wielce prawdopodobne, że gdyby nie moja przyjaciółka, nie byłoby mnie tutaj, nie odpowiadałabym na Twoje pytania i nikt nie wiedziałby, że istnieje „Pani Kotełkova”.

A właśnie, Pani Kotełkova!  Twój nowy pseudonim?  Nie lubisz stać w miejscu, prawda...?

Każdy od narodzin szuka swojego „ja”, tego w czym jest dobry i jak chciałby przeżyć swoje życie. Nie różnię się wiele od takich osób, ba! Jestem taka sama! Jednakże szukam jeszcze swojego miejsca w świecie artystycznym, w tym swojego pseudonimu. Wpierw byłam Nuadell, później Literackim Kotem, a na dzień dzisiejszy jestem Panią Kotełkovą.

Jeśli zaś chodzi o stanie w miejscu - stanie w miejscu to byłby najgłupszy nie-krok w moim życiu. Rozejrzyj się – niedawno była zima, a świat już się zazielenił. Kilka dni temu było gorąco i ludzie chodzili w krótkich rękawkach, a dzisiaj pada i należy się ciepło ubrać. Zmienia się sytuacja polityczna – na dotychczas spokojne ulice wychodzą zbulwersowani ludzie z transparentami.

jak prowadzić bloga

Ja też się zmieniam – przybyło mi w bioderkach, włosy mi urosły o kolejne centymetry. Chcąc nie chcąc, idę do przodu i zmieniam się. Wolę jednak sama decydować o zmianach w moim życiu – włosy podciąć, kilogramy zrzucić, a pseudonim zmienić.

Literacki Kot był pseudonimem… Ładnym, ale bardzo popularnym. Wiele osób mówiło o sobie per ‘Kot’, a ja nie chciałam być jak inni. Lubię iść swoją ścieżką, więc myślałam nad zmianami. I o ironio, ten pseudonim nie wymyśliłam sama.

Moja przyjaciółka nazwała mnie tak na messengerze, a ja natychmiast podłapałam, że Kotełkova to wspaniały pseudonim artystyczny. Dzięki niemu pozostałam Kotem, jednocześnie podkreślam swoją płeć (do której przynależność jest dla mnie bardzo ważna) oraz wiek, a końcówka pisana przez „v” jest ukłonem w stronę rosyjskich pisarzy, których uważam za najlepszych literatów na świecie.

O płci pogadamy następnym razem. A teraz najważniejsze - Dlaczego kot, a nie pies? Przecież z kotem nie ma żadnego kontaktu.

Znasz motyw złoczyńcy, który kręci się na fotelu i głaszcze kota, swojego wiernego towarzysza? Czasami się tak czuję, bo gdziekolwiek udam się z laptopem, zaraz obok mnie siedzi Lola, moja kotka. Kiedy jestem w domu od rana, od rana towarzyszy mi – wystarczy że pójdę do łazienki, ona już czeka pod drzwiami kiedy wyjdę. Kot to niezwykle kontaktowe zwierzę, ale różni się od psa tym, że nie jest tak „napastliwe”.

Mam psa, i bardzo go kocham, ale jego radość gdy mnie widzi jest przytłaczająca. Skacze wokół mnie, nie pozwala zrobić sobie zdjęcia, spokojnie porozmawiać przez telefon. Jest bardzo absorbujący.

Kot też domaga się uwagi, ale on usiądzie na kolanach i się na mnie patrzy; położy się na parapecie i się patrzy; położy się na notatkach i się patrzy. Kot się patrzy, ale nie skacze po mnie, nie liże mnie i nie wytrąca przedmiotów z dłoni. Kot się patrzy. Czasami się zastanawiam czy nie ma wmontowanej kamery i nie biorę udziału w jakimś tanim reality show.

Pies kręci się w kółko kiedy wracam do domu; kot siedzi w oknie i wygląda, by przywitać mnie w drzwiach i odprowadzić do pokoju. Każde stworzenie ma swój sposób na wyrażanie emocji. Teraz, kiedy odpowiadam na Twoje pytania, Lola leży obok mnie przytulona do mojej nogi i chrapie; od czasu do czasu zerknie czy nadal jestem. Kot potrafi się zająć sam sobą i dzięki temu mam dużo spokoju przy pisaniu; spokoju, którego nie mam przy Lokim... 

Twój blog... Wypstrykando? Co to w ogóle oznacza? Jak to się je?

Historia powstania tego adresu jest tak śmieszna, że aż niedorzeczna. W roku 2012 postanowiłam założyć bloga i nie wiedziałam jak go nazwać. Zaczęłam wpisywać litery, próbując stworzyć z nich słowo. Po kilkunastu próbach pojawiło się „wyps”, by dla żartów dopisać „ando”. Później przeredagowałam wyraz na Wypstrykando.

Czym jest Wypstrykando? Moją cząstką internetu, moim internetowym domem. Artykułami ustawiam meble, kwiatki i dywany, pokazuję siebie, swój charakter i podejście do wielu spraw, a następnie zapraszam gości – Czytelników – którzy mogą popatrzeć, poczytać i stwierdzić, że te firany nie pasują do tapet.

Wypstrykando to dom dyskusji; to dom kontrowersji; to dom, w którym nie ma tematów tabu. Można wpaść na poranną kawę, przeczytać coś i mieć temat do rozmyślań na całe popołudnie.

Jako koleżanka „po fachu” - co daje blog? Niesie jakieś wymierne korzyści? Warto?

Wszystko zależy od tego, co rozumiesz jako „korzyści”. Dla lwiej części blogosfery są to prezenty sponsorów, czyli ubrania, kosmetyki, „bartery” czy po prostu pieniążki. Takich korzyści na ten moment nie mam. Oczywiście, mogłabym powrzucać reklamy z Googla i zarabiać na wejściach, ale jakoś tak… Nie czułabym się z tym komfortowo. Z blogowania czerpię inne korzyści.

Tak szczerze, czy może być większa satysfakcja niż uznanie innych osób? Podam przykład: byłam kilka tygodni temu na weselu i naprzeciwko mnie siedział mój dużo starszy kuzyn. Rzadko kiedy rozmawialiśmy, parę razy do roku, ale nasze relacje zawsze były serdeczne. I mój kuzyn, zapracowana głowa rodziny powiedział mi, że czyta mojego bloga i że podobają mu się moje teksty.

Inna sytuacja: widzę powiadomienie z fanpage. Wchodzę i sprawdzam, a tam wiadomość od Czytelnika, który wrzuca na tablicę post z podziękowaniem za artykuły, że umiliłam mu kilka nudnych godzin i że pozostaje na dłużej.

Przy temacie o aborcji napisały do mnie dwie koleżanki ze studiów i obie dziękowały mi za ten artykuł. Pierwsza dziękowała mi za tekst, bo zastanawiało ją jak na nową ustawę patrzy osoba wierząca. Druga natomiast dziękowała mi, bo od dawna intrygowała ją kontrowersyjna kwestia aborcji, a nikt nigdy nie chciał z nią o tym rozmawiać.

Prawda jest taka, że mogę nie zarabiać na blogu, ale póki otrzymuję takie wiadomości od moich Czytelników, czuję się naprawdę spełniona. I nie mówię tutaj o komentarzach, ale prywatnie podesłanych wiadomościach. W ten sposób wiem, że to co robię ma sens.

Odejdźmy od bloga... wspominałaś, że chcesz zostać pisarką... piszesz jakąś książkę teraz? Zdradzisz nam rąbek tajemnicy?

Prawda jest taka, że wpierw pisałam książkę, a później blog. Moje pierwsze przygody z pisarstwem były właśnie opowiadaniami i powieściami; książkę planowałam od sześciu lat i niestety, przestała to być książka, a cała seria. Na ten moment mam fabularnie zapełnionych dziewięć historii, ściśle ze sobą powiązanych i zależnych, ale to nie o to pytasz, prawda?

Książka którą aktualnie piszę, to „dziecko-wpadka”. To brzmi niedorzecznie, bo jak można napisać książkę nie pisząc książki jednocześnie? Udowodniłam, że można. Wszystko zaczęło się niewinnie, kiedy usiadłam przy komputerze, odpaliłam jedną z moich ulubionych serii gier, Neverwinter Night. Po skończeniu sagi poczułam wewnętrzną pustkę i niedosyt świata – bohaterowie byli papierowi, nie podobała mi się główna bohaterka. W takich sytuacjach robię to, co potrafię najlepiej: otwieram Worda i zaczynam pisać.

Z początku miało to być krótkie opowiadanie, pisane „na luzie” jako sposób pożegnania się ze światem gry. Cóż, ja i „krótki tekst” to oksymoron, bo nim się obejrzałam (a konkretniej po trzech dniach), miałam czterdzieści stron dialogów i żywej, wartkiej akcji. Po dziewięciu skończyłam, mając osiemdziesiąt stron. Osiemdziesiąt stron samych dialogów i akcji, to prawie 30 tysięcy słów. Fabuła nie była powiązana z grą, a bohaterowie wyewoluowali do tego stopnia, że nijak nie pasowali do świata gry.

Tekst był za dobry i zbyt odległy by publikować go jako fanfiction, dlatego postanowiłam coś z nim zrobić. Dodać głębi, zmienić imiona, wlać odrobinę wymyślonego przeze mnie uniwersum i w ten sposób stworzyć powieść. I napisałam pierwszy rys pisząc opowiadanie. Teraz jestem w trakcie wykonywania drugiego rysu, czyli „wlewania” swojego uniwersum i przerabiania samej akcji i dialogów na porządny literacki tekst.

Mówiłam, że ja i „krótki tekst” to oksymoron? Spójrz teraz, tyle miejsca zajęło samo opisywanie jak powstała myśl o powieści! Naprawdę chcesz bym „uchyliła rąbka tajemnicy”? Nic nie mów, namówiłeś mnie.

Wyobraź sobie teraz kraj o surowym, górskim klimacie; zaśnieżone górskie szczyty. Pogoda nie sprzyja gdyż bezustannie wieje, pada albo sypie śniegiem. Jako młody i utalentowany taktyk dostajesz w nagrodę zamek, bardzo zaszczytny zamek.

Twierdza jest pierwszą i najważniejszą linią oporu przed najazdami górskich plemion. Na Twoje ramiona spada wielka odpowiedzialność za utrzymanie twierdzi kraju w pokoju, przez co źle sypiasz po nocach. Oczywiście, masz do dyspozycji małą armię barbarzyńców, niezwykle lojalnych towarzyszy, ale oni nienawidzą nauki, nienawidzą magii, nienawidzą kobiet i nienawidzą kraju, z którym Twój król nawiązał sojusz z wyższej konieczności.

I któregoś dnia w Twoje twierdzy zjawia się tajemniczy przybysz, który jest: cudzoziemcem, uczonym, magiem i kobietą. Musisz przestrzegać traktatów pokojowych, więc musisz ugościć cudzoziemca. Żeby nie było łatwo, nie tylko obserwujesz góry i potencjalny najazd wroga, ale też musisz patrzeć na setkę własnych ludzi, którzy tylko czekają na dogodny moment by zarżnąć kobietę.

Zdradzę Ci pewien sekret: uwielbiam romanse. Wiem, że w kółko powtarzam, że ich nie lubię, ale tak naprawdę je lubię. Ale ciii, to tajemnica. I więcej nie powiem, bo i tak powiedziałam za dużo!

Romanse... po kimś kto jest fanem World of Warcraft spodziewałem się elementów fantastyki, ale przyznam, że romans mnie zaskoczył. Ale w sumie dlaczego nie? Fantastyka jest na swój sposób romantyczna.
Ok, to trudne? Zostać pisarką? W tej branży chyba trudno się przebić...

Nie ładnie odpowiadać pytaniem na pytanie, ale muszę: chcesz zostać blogerem? To trudne?

Założyć bloga i zacząć go pisać jest łatwo; trudno zaś jest się przebić. Przy pisarstwie jest nieco inny problem, bo kim jest pisarz? Osoba, która wydała czy osoba, która pisze? Załóżmy, że to pierwsze.

Tak, chcę zostać pisarką; chciałabym móc wysłać wydaną książkę wszystkim tym, którzy we mnie nie wierzyli ze specjalnym, złośliwym autografem. Chcę pokazać niedowiarkom, że moje marzenia nie były tylko marzeniami, ale udało mi się osiągnąć to, co zaplanowałam. Bo moje marzenia to moje cele, nie będę ukrywała.

I czy to trudne… To zależy. Najtrudniejsze według jest napisanie powieści; powieści, która wciągnie człowieka pierwszym zdaniem i wypluje ostatnim. Zaś gdy ma się napisaną powieść, można powalczyć o wydanie, a to można osiągnąć na trzy sposoby.

Większość znanych mi osób myśli, że jest tylko jeden sposób na wydanie. Są trzy. Pierwszy, to najtrudniejszy sposób – przez wydawnictwo. Ponieważ wydawnictwo opłaca wszystko – od redaktora po marketing – i przez to bardzo ciężko wbić się w rynek; odnaleźć swoje miejsce. Dlatego też jest niewiarygodna selekcja wszystkich nadesłanych tekstów; nawet nie tekstów, ale tego, jak ktoś próbuje ten tekst sprzedać. Nieliczne są czytane w całości.

Drugi sposób to wydanie książki samodzielnie – czyli zdobycie funduszy na edytora, redaktora, korektora; opłacenie druku i marketingu. Po pierwsze, koszta mogą przerosnąć zyski; pod drugie, książka może się nie sprzedać. Bo to, że znajdzie się na półce nie znaczy, że wpadnie w „zapotrzebowanie czytelnicze”.

Trzeci sposób to wydawnictwo pół na pół. Jeśli koszt wydania książki wynosi 20 tysięcy złotych, to połowę opłaca wydawnictwo, a połowę wypłaca autor z własnej kieszeni. I prawdę mówiąc, jeśli wydawnictwa nie przyjmą moich powieści w pełnym opłaceniu wydania, to będę szukała wydawnictw pół na pół. Ponoszę pewne ryzyko finansowe, nie ma co ukrywać, ale jestem skłonna je rozważyć.

Najsmutniejsze w byciu pisarzem jest to, że nie zarabia tyle, ile myśli społeczeństwo. Jeśli za wydanie i sprzedaż całego nakładu powieści dostanę cztery tysiące złotych, to jestem w naprawdę uprzywilejowanej grupie. Niestety, książka kosztuje 40 złotych, a raptem 2-3 złote trafia w ręce autora.

Nie wiedziałem, że to tak wygląda. Mimo wszystko są ludzie, którzy tak jak Ty chcą pisać - masz jakieś rady jak zacząć? Może wiesz z własnego doświadczenia czego na pewno nie robić na początku...

Mam jedną radę opowiadającą na pytanie „jak zacząć pisać”. Po prostu pisać. W pisaniu tak naprawdę nie ma wielkiej filozofii, nie ma „prawd życiowych”. Można sięgać po poradniki innych twórców, ale dlaczego iść wydeptaną przez kogoś ścieżką? Iść na łatwiznę? Piszę naście lat i przez te naście lat nauczyłam się, że najlepszym nauczycielem jestem ja sama – jeśli do czegoś nie dojdę sama, to chociażby podano mi to na złotej tacy, nie docenię tej wiedzy.

Jest jednak rada, którą należy od kogoś usłyszeć i to jest jedyna, którą powtarzam piszącym: krytyka to przyjaciółka, nie wróg. Przez kilka lat pisałam dla siebie, zamknięta w swoim pisarstwie i zrobiłam minimalne postępy. W końcu, po sześciu czy siedmiu latach znalazłam mojego prywatnego krytyka. Wysłałam uradowana pierwszy tekst i… cóż, zostałam zgnieciona jak karaluch. Kciukiem.

Mogłam rzucić pisanie, mogłam zostawić to w cholerę, ale nie poddałam się. Pisałam dalej, poprawiałam, zapamiętywałam uwagi. Mając wpierw jednego krytyka, następnie dwóch, aż w końcu całe forum czytelnicze – w rok dokonałam niewiarygodnych postępów. Tyle wystarczy by nauczyć się porządnie pisać. To właśnie przepis: pisać codziennie i wystawiać się na krytykę, na latające zgniłe pomidory.

Krytyka to pokazywanie palcem i mówienie: „patrz tu, o tutaj, to jest do dupy, bo…”. W krytyce musi padać „bo”; jeśli nie pada, to nie jest krytyka godna uwagi. Kiedy ktoś powie: „nie podoba mi się ta bohaterka”, zapytaj „dlaczego?”. Jeśli ktoś nie jest w stanie odpowiedzieć, idź dalej z bohaterką, jaką masz.

Kim jest krytyk? Może to być serdeczna koleżanka czy kolega, może to być zupełnie obca osoba. Najważniejsze, by nie „głaskała” po mentalnym „Wacku”. Tak nazywam ego. Mentalny Wacek. By nie wpadała w zachwyt po każdym tekście, mówiła „o rety, o jejku”. Potrzebujesz kogoś, kto bezczelnie powie prawdę; inaczej nawet nie masz się co zabierać za pisanie.

Mentalny wacek... ok, muszę wyrzucić ten obraz z mojej głowy. Może powinnaś najpierw zostać telewizyjną celebrytką, a potem wydać książkę... to już chyba normalna kolej rzeczy.  Jak według Ciebie wygląda dzisiaj poziom pisarstwa w Polsce?

Pozwól, że posłużę się jednym z moich ulubionych cytatów:

„Problem polega na tym: Aby zarobić pieniądze, dużo pieniędzy, nie potrzebujemy wcale wspaniałej, nieskazitelnej literatury. To, czego potrzebujemy, to miernota. Tandeta, szmelc, towar masowy. Więcej i coraz więcej. Potrzebujemy coraz grubszych, nic nieprzekazujących książek. Liczy się tylko sprzedany papier. A nie słowa, które się na nim znajdują.”

Prawda jest taka, że nie wchodzę do księgarń; nie bywam w Empiku czy Matrasie. Moim stałym dostawcą literatury jest mały bazarek w Katowicach, gdzie pan sprzedaje starą literaturę po parę złotych; często też przeszukuję allegro w poszukiwaniu promocji i klasyki, czasami za grosze. Współczesna literatura nie jest warta pieniędzy, które nam wmawiają sklepy. Nie ma w niej nic poza mnóstwem nic niewnoszących słów i wielokrotnie przewałkowanej fabuły. Ale to się sprzedaje, bo czyta się szybko, bo czyta się przyjemnie.

Strzelam w literaturę pomiędzy: coś, co czyta się lekko i przyjemnie, a jednocześnie coś, co nie jest tylko kupką zapisanych stron. Chcę wydać coś „z jajem”.

Wszyscy wpierw zostają sławami a następnie wydają książki by zarobić pieniądze; ja chcę wydać by zostać sławną. Jestem tradycjonalistką i uważam, że na sławę i pieniądze muszę zapracować. Między innymi mój blog jest taką „sławą”. Dzięki niemu mam ponad trzystu obserwatorów na facebooku; trzystu potencjalnych czytelników. Nie zdobywam ich tandetnymi tekstami czy recenzjami, nie zdobywam ich przez „obs/obs”. Oni sami do mnie przyszli, sami mnie znaleźli i polubili. Dla mnie to „mała sława”, którą regularnie karmię i która regularnie rośnie. Może do końca roku przebiję magiczny tysiąc? Może po wydaniu pierwszej powieści dobiję do dwóch?

Nie od razu Rzym zbudowano, ale swoją markę – swoją osobę – chcę budować stopniowo, cegła po cegle, by przypadkiem nie rozpadło się to przy byle burzy.

jak prowadzić bloga


No dobrze... Blog, powieść, studia... pewnie robisz coś jeszcze. Jak na to wszystko znajdujesz czas? Czy jesteś z tych co zarządzają czy po prostu robią i nie zwracają uwagi na terminarz?

Prawdę mówiąc, problemem nie jest „znalezienie czasu”; wręcz przeciwnie, czasami są dni, kiedy nudzi mi się niewyobrażalnie i nie wiem co ze sobą zrobić. Nie mam pojęcia jak ja to robię!

A tak na poważnie: pisanie bloga i powieści to niezwykle absorbujące zajęcie, do tego jak słusznie wskazujesz – studiuję. Poza tymi obowiązkami mam jeszcze dom, zwierzęta, przyjaciół. Można powiedzieć, że jestem bardzo zabieganym człowiekiem, bo przez kilka tygodni nie potrafię obejrzeć odcinka ulubionego serialu. Jestem tak zabiegana, że nie mam czasu dla siebie; a jednocześnie wszystko co robię, robię właśnie dla siebie. Bo dla kogo prowadzę bloga, piszę powieść albo studiuję? Oczywiście, że dla siebie.

Dlatego – by znaleźć na to wszystko czas – bardzo ważne było ustalenie priorytetów. Nie gram w gry jak kiedyś, nie oglądam też anime czy seriali; nie pozwalam sobie jak większość rówieśników na bezczynność. Staram się czerpać z życia całymi garściami, bo wiem, że zmarnowanego czasu nikt mi nie zwróci.

Co więcej, poza ustaleniem priorytetów, ważna dla mnie jest organizacja czasu. Każdy wolny poranek poświęcam blogowaniu; w autobusach również staram się pisać zaległe artykuły. Teraz mam zapas tekstów na cały miesiąc, ale i tak nie pozwalam sobie na „luz”. Popołudnia to uczelnia, a wieczory to znów blogowanie albo powieść, zamiennie z wyjściem do przyjaciółki, wypadem do klubu albo na kawę. Lubię mieć wszystko w miarę poukładane, bo inaczej zabrakłoby mi godzin w dobie.

Blog – ktoś powie – „zajmij się czymś porządnym wreszcie, zrób coś ze sobą” – co mu odpowiesz?

Przeważnie odpowiadam: „a co Ty robisz ze swoim życiem? Wracasz do domu, otwierasz piwsko i siadasz przed telewizorem, faszerując mózg śmieciowymi programami?”. Byłoby to bardzo nieuprzejme z mojej strony, wiem o tym, ale to moje życie i jeśli je marnuję, to na moich zasadach a nie przez czyjeś „widzimisię”.

Ludzie tak myślą, naprawdę, i to nie „ciotki”, a rówieśnicy, studenci. Szepczą między sobą i rzucają złośliwe uwagi, ale żaden nie ma cywilnej odwagi powiedzieć mi to w twarz. Dlaczego? Nie wiem; wiem natomiast, że ja coś robię. Może nie osiągnę wielkiego sukcesu, może nie będę blogerską „celebrytką”, ale mam tę satysfakcję, że zaczynam być rozpoznawalna. Mam stałych Czytelników, mam coraz większe wsparcie wśród bliskich znajomych i rodziny. Buduję swoją pewność siebie, tworzę przede wszystkim siebie, bo jak inaczej nazwać te wszystkie artykuły? Nim którykolwiek napiszę, muszę przemyśleć pewne sprawy, a następnie przekuć myśli i wnioski w spójny tekst. Dzięki temu odkrywam kim jestem w otaczającej mnie rzeczywistości. Czy nie na tym polega: „zrób coś z sobą”?

Szybka piłka na koniec: 3 rzeczy, które Cię motywują do pracy!

Po pierwsze, ludzie i czytelnicy. Nie ma większego paliwa dla mnie jak wiadomości, które otrzymuję; jak ktoś na uczelni klepnie mnie w ramię i powie „dobry tekst”. Nie ma większej satysfakcji jak profesorka, która na wieść, że piszę bloga mówi, że te studia są dla mnie, a reszta równie dobrze może pójść do domu.

Po drugie, motywuje mnie poranna kawa. Nie potrafię kawy pić po prostu, więc zamiast siadać rano, parzyć kawę i przeglądać „kwejka”, parzę kawę i otwieram pusty plik tekstowy by napisać artykuł; albo poczytać „konkurencję”; albo podziałać coś w stronę reklamy. Lubię takie poranki.

Po trzecie, motywuje mnie to, że kiedy zerknę w archiwum, zobaczę pracowity marzec, luty i styczeń; zobaczę trochę gorszy rok 2015 i jeszcze słabszy 2014. Patrzę wstecz i kiedy widzę miesiące posuchy, nie widzę efektów pracy, robię wszystko, by pod koniec roku spojrzeć z dumą w moje archiwum i powiedzieć sobie „dobra robota”.

Przede wszystkim, motywuje mnie świadomość, że robię to, co kocham i kocham to, co robię. I choć nie mam chwili dla siebie, choć niektórzy rzucają we mnie mięsem i ktoś gdzieś z tyłu śmieje się z moich działań, to jestem szczęśliwa i nigdy z tego nie zrezygnuję. Nie zrezygnuję z ciepła w sercu, kiedy ktoś uściśnie moją dłoń i powie „dobra robota”. Chcę za kilka lat spojrzeć do tyłu, tak jak teraz patrzę na archiwum i powiedzieć sobie „to były dobre lata”. Bo czas minie, a tylko ode mnie zależy jak go wykorzystam.

Łał... idę to wyryć w marmurze żebym nie zapomniał. Dzięki za szczerą i wartościową rozmowę, no i powodzenia ze wszystkim! Jak tylko wydasz książkę, będę pierwszym, który będzie ją miał na półce. 

jak prowadzić bloga

Related Post

To Mały krok dla Ciebie, ale Wielki dla mnie - podziel się!

2 thoughts on “Co daje prowadzenie bloga i dlaczego Miau, a nie Hau. #ŁawaNaKawę

  1. Natalia będzie kiedyś rozpoznawalną blogerką, tego jestem pewna. Jest wszędzie, naprawdę wszędzie. Dużo robi i się stara. Życzę jej wielkiego sukcesu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *