Czym jest feminizm, jak walczyć z hejtem i co z tą aborcją do cholery. #ŁawaNaKawę

Czym jest feminizm, jak walczyć z hejtem i co z tą aborcją do cholery. #ŁawaNaKawę

Już po raz drugi moim gościem jest Natalia Harwig - świetna blogerka, zaczynająca pisarka, wielbicielka kotów, kobieta nieszablonowa. Feministka. Mówi o sobie "ja i krótki tekst to oksymoron". Pewna siebie i pracowita. Nie lubi stać w miejscu. Prowadzi Wypstrykando.pl 

To kolejny odcinek legendarnej już serii#ŁawaNaKawę!

Będzie m.in. o tym czym jest współczesny feminizm i dlaczego mężczyźni go nienawidzą oraz o tym, że warto walczyć z hejtem. Będzie też kawałek o "dobrej zmianie" i aborcji. Mocno, bezkompromisowo i z pazurem.

Zaparzcie kawę, otwórzcie umysły i do dzieła!

Max. do 10 minut czytania.

Kobiety gorszego sortu?


Demetriusz: Feminizm... mam się bać? Reakcja chyba każdego, któremu kojarzy się to z kobietą wymachującą stanikiem na znak protestu. Jak się na to zapatrujesz? Widziałem ostatnio wywiad z Terlikowską, a w nim, że kobieta ma być kurą domową...

Natalia: Tak szczerze, wyobrażasz sobie mnie, biegającą po ulicy i machającą stanikiem? Bo ja nie.

Feminizm budzi wiele kontrowersji oraz nienawiści. Niewiele osób tak naprawdę wie czym jest feminizm i jak się go je, dlatego napisałam potężny artykuł o samym feminizmie, ale uchylę już teraz rąbka tajemnicy.

Feminizm nie jest jednolity, bo to niesamowicie potężny „ruch oporu”, jeśli mogę to tak nazwać; a żaden ruch oporu nie jest jednolity. Kiedy chciano obalić władcę, byli tacy co byli za ścięciem, i byli tacy, co głosowali za wygnaniem. Podobnie jest feminizmem.

Wszystkie kobiety chcą równości, ale dla każdej feministki pojęcie „równości” ma wiele twarzy. Istnieją feministki liberalne, które chcą takich samych praw zawodowych i edukacyjnych; są feministki socjalistyczne, które krzyczą o tym, że kobiety zarabiają mniej.

Istnieją również feministki pro-kobiece, które mówią o tym, że kobiety są lepsze od mężczyzn bo są kobietami i to od nich zależy przyrost naturalny, a co za tym idzie, cała gospodarka. No i istnieją feministki radykalne, które pokazują nam media. „Feministki walczące”, które machają stanikami, które krzyczą o wyższości kobiet nad mężczyznami (w tym negatywnym sensie).

Nie wpisuję się tak naprawdę w żadne w powyższych, a jednocześnie podzielam opinie każdego ruchu. Po pierwsze, nie jestem tym typem feministki, który uważa – mówiąc brzydko – „kury domowe” za gorszy sort kobiety. Wręcz przeciwnie, podziwiam te kobiety, które rezygnują z kariery na rzecz wychowania dziecka i zajęcia się domem. To był ich wybór.

I właśnie o to „walczę” jako feministka: o możliwość wyboru. O to, by kobieta mogła zadecydować czy chce poświęcić się karierze czy też pozostać w domu i móc wychowywać dziecko; by mogła decydować o tym, co jest atutem kobiecości, bo dotychczas decydują o tym mężczyźni, bez urazy oczywiście.

Długie włosy i szpilki to kobieta, a krótkie włosy i trampki – babochłop/feministka. Nigdy nie powiem, że mężczyźni są gorsi, a kobiety lepsze; jak napisałam w jednym z artykułów, jestem silna psychicznie, a mężczyzna fizycznie i nie musimy sobie niczego nawzajem udowadniać, bo jesteśmy dwiema połówkami, a połówki nie powinny ze sobą walczyć.

Walczę między innymi o równość społeczną i o fakt, że macierzyństwo to wybór, a nie „naturalny obowiązek”. Rozpisałam się, ale o feminizmie można naprawdę dużo powiedzieć, jako że wszyscy mają bardzo przekoloryzowany obraz feministek. Wszystko dzięki mediom, które żywią się sensacją; a co może być większą sensacją od kobiety machającej stanikiem?

Z pewnością na drodze kobiety, która.... hmm lubi dość ostro wyrażać swoje poglądy w internetach – spotkałaś wiele hejtu? Jak się bronić? Czy jest jakieś wyjście? Wystarczy przełknąć i koniec?

Oczywiście, że spotkałam wiele hejtu; mam nawet ulubione wyzwiska. „Polonistka z bożej łaski”, „Typowa Polka patrząca z wyższością, bo jej c*pka jest taka cenna”; „Zdechnij jako stara panna”; „Nie rozmnażaj się”. Niektóre są bardziej wymyślne, inne mniej, ale wszystkie mają wspólną cechę: atak personalny.

Szacun, u mnie było tylko "jebany kozojebca, lewak i zdrajca"...

Matko, zazdroszczę! Mam całą listę wyzwisk, a cytuję tylko te bardziej kreatywne. Wracając do hejtu...

Krytyka od hejtu różni się właśnie tym, że krytyka obejmuje dzieło, a hejtowanie – autora. Jak sobie radzę z tym radzę? W większości przypadków macham na to dłonią, mając pełną świadomość, że jest to typowy przejaw agresji słownej. Agresja natomiast może mieć kilka czynników: od rosnącej frustracji, przez strach lub walkę o terytorium, aż po zaburzenie osobowości z pogranicza. Każdy przejaw agresji słownej w Internecie ma jeden cel: ma sprawić, by agresor poczuł się lepiej.

Jeśli grupa mężczyzn rzuca w moją stronę wyzwiskami i klepie się jednocześnie po plecach, „dobrze jej nagadałeś”, robią to tylko po to by podnieść własną samoocenę i odreagować stres lub frustrację. Ja i Ty pozyskujemy to „klepanie po plecach” poprzez pisanie artykułów, a tym poklepywaniem jest reakcja czytelnicza. Ta pozytywna, oczywiście.

Bronić się przed hejtem można, w bardzo prosty sposób: pójść na policję i złożyć zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa. Jest wiele stron poświęconych informacjom, że hejt w Internecie jest przestępstwem i jest mnóstwo poradników jak sobie z nim radzić. Sama z takowych korzystam i zgłaszam „mowę nienawiści”; sama też promuję taki sposób walki.

I broń Boże, nie przełykać obelg. Oczywiście, nie wdawać się w dyskusje, bo to jak dyskutowanie z małpami. Ty do nich słowami, oni w Ciebie kupą. Zamiast bawić się w to Zoo, należy iść do zarządcy, który uspokoi całą sytuację.

Skoro o hejterach, to polecimy z polityką. Prowadzisz swój blog - Wypstrykando.pl - o którym opowiadałaś nam poprzednim razem... Słyszałem, że PiS dąży do tego, że będzie można zamknąć stronę internetową bez zgody sądu... czyli wszystko co będzie niepoprawne politycznie zostanie zdematerializowane tak po prostu? Na Twoim blogu czasem iskrzy... jak się zapatrujesz na dobrą zmianę? Chyba trochę by bolało?

Prawdę mówiąc, przeraża mnie trochę to, na co pozwala sobie nowa władza. Wpierw słyszałam o tym, że sądzą blogerów o niezarejestrowanie czasopisma i gazety; następnie o tym, że każda strona będzie mogła po prostu zniknąć z sieci, a teraz znowu jest hit: Internet od 16 roku życia tylko za zgodzą rodziców.

Fakt faktem, skończyłam szesnastkę osiem lat temu, ale jednak przeraża mnie to jak bardzo będzie to zamknięty system. Mam jednakże świadomość, że lepkie łapki władzy nie mogą sięgnąć poza granice Polski, więc zapatruję się z nadzieją w to, że zagraniczny Google pomacha żądaniom na „do widzenia”, podpalając jednocześnie wnioski o usunięcie blogów. Naprawdę mam nieskrywaną nadzieję.

Ale i tak na wszelki wypadek robię kopię zapasową co niedzielę. Byłoby szkoda tego wszystkiego, oj byłoby.

No to ja od dzisiaj zaczynam backup'ować! Ale skoro tematy polityczne to mam do Ciebie pytanie w sprawie tej całej aborcyjnej "gównoburzy"... wiem, pisałaś o tym u siebie (artykuł 141), ale może podsumujesz to dla mnie w PARU słowach?

W paru słowach... Temat aborcji to jeden z najtrudniejszych tematów z jakimi musiałam walczyć przede wszystkim dlatego, że jest to temat gorący. I cuchnący. Ludzie nie potrafią uszanować odmiennych poglądów jeśli mówimy o polityce, o kolorze firan czy kto jest za jaką drużyną. Wyobrażasz sobie co się dzieje z tematem aborcji? Dwie olbrzymie drużyny – powiem brzydko – kiboli, walczą między sobą o coś, co według mnie już było dobre.

Na ten moment obowiązuje ustawa z 1993 roku, gdzie aborcja jest dopuszczana w trzech przypadkach: prawdopodobieństwa, że dziecko urodzi się chore lub martwe; że matka straci zdrowie lub umrze podczas porodu; albo że dziecko urodzi się jako owoc gwałtu.

Nie jestem za aborcją jako zabijaniem nienarodzonych dzieci, które urodzą się i mają szansę żyć; jestem za wyborem kobiet. By to one podjęły decyzję o tym, jak ma wyglądać ich życie.

Po pierwsze, żyjemy w kraju – wydawałoby się – świeckim, gdzie rządzą ludzie wybrani w demokratycznych wyborach. Głównym argumentem przy nowej ustawie antyaborcyjnej jest, że „jest to morderstwo”. I to nie mówi się językiem nauki, językiem kraju świeckiego – ale kraju katolickiego, gdzie ludzie mówią o Bogu, morderstwie i o tym, jak fajnie być cierpiętnicą.

Mówi się o ratowaniu życia za wszelką cenę, nawet cenę życia kobiety – czy to nie jest morderstwo? Czy morderstwem nie jest zmuszenie kobiety do donoszenia ciąży kiedy jest pewne, że umrze?

Po drugie, co z życiem po urodzeniu? Co z Domami Dziecka? Co z tą ilością dzieci porzucanych na śmietnik? Żeby było śmieszniej, w razie wypadku ratownicy ratują kobietę, nie dziecko – ma większe szanse przeżycia i, uwaga, może urodzić kolejne. A gdzie dramat kobiety, która utraciła dziecko?

Skoro w takiej sytuacji nie bierze się pod uwagę szkód psychicznych, to nie dziwi mnie, że w ogóle się nie myśli o psychice kobiet jeśli chodzi o dzieci upośledzone czy takie, których tatuś jest gwałcicielem.

Mówi się o tym, że każdy zasługuje szansę na to by żyć; kobieta, która urodzi dziecko niepełnosprawne zawsze może je oddać. Ale kim wtedy będzie? Wyrodną matką; będą ją wytykać na ulicy i tak dalej. Ale, przemilczmy społeczny lincz kobiety, bo kobiety w temacie aborcji są najmniej ważne, prawda?

Byłam raz, jeden jedyny raz w pewnym ośrodku niedaleko mnie; druga, może trzecia klasa gimnazjalna na wycieczkę rowerową pojechała do ośrodka wychowawczo-opiekuńczego.

Wyobraź sobie potężny ośrodek pełen ludzi upośledzonych fizycznie i umysłowo; ludzi, którzy mają po trzydzieści i więcej lat, którzy nigdy nie widzieli swoich rodzin. Rodziny tylko regularnie przelewają na ich utrzymanie i trzymają w takim zamkniętym zakładzie.

Oni nie mogą wychodzić, nie mają spacerów na wózku, nie mają możliwości poznania świata. Siedzą zamknięci w czterech ścianach i robią pod siebie. Niektórzy mają mentalność psa – wiem, bardzo brzydko mówię o innych osobach, ale ten problem trzeba pokazać. Bo ilu obrońców życia za wszelką cenę spędziło chociażby jeden dzień w takim ośrodku. No ilu? Bo ja zgaduję, że żaden.

Jedna z wolontariuszek rozmawiała z nauczycielką, a ja trochę podsłuchałam. Najcięższe przypadki pozamykano w pokojach by nie zrobili nam krzywdy; opowiadała też o przypadkach, które leżą na najwyższych piętrach i tylko patrzą się w sufit.

I tak czterdzieści lat. Wyobraź sobie to, że leżysz czterdzieści lat i gapisz się w sufit, bo tylko to możesz zobaczyć. Dałbyś radę? Bo ja nie. I niech nikt mi nie mówi, że przynajmniej zaznali życia, bo co to za życie?

W dużej mierze sam temat aborcji opisałam u mnie w artykule #141, i nie będę niczego powtarzała. Większość, co tu piszę to coś, co pominęłam; coś, czego nie powiedziałam. Teraz dzielę się z Tobą, ponieważ ludzie myślą, że legalizacja aborcji będzie nakazem: „możesz mieć chore dziecko? Musisz usunąć”. Nie, aborcja daje wybór kobiecie. Pozwala podjąć jedną z dwóch decyzji, i warto podkreślić, tutaj nie ma dobrego rozwiązania. I to kobieta powinna podjąć tę decyzję, a nie chmara kobiet po pięćdziesiątce i spora grupa mężczyzn.

Podkreślę teraz, że też jestem przeciwko zabijaniu; też uważam, że aborcja nie powinna być ogólnodostępna. Jestem po prostu za ustawą z 1993, która pozwala podjąć trudną decyzję w trzech wypadkach.

Bo ta ustawa nie dotyczy kobiet wyrodnych, ale kobiet skrzywdzonych przez los. Kobiet, które pragnęły dziecka i okazuje się, że umrze zaraz po porodzie; albo będzie upośledzone do końca życia. Kobiet, które zostały zgwałcone i siłą wepchnięto jej dziecko do brzucha; teraz siłą każe się jej je zatrzymać. Dla mnie to jest nieludzkie.

Na łamach artykułu spotkałam się z wieloma różnego typu myślami; moja ulubiona: „zaszczytem kobiety jest to, że może urodzić dziecko”. To nie jest zaszczyt, to biologiczna możliwość (możliwość, nie obowiązek). Kobiety mogą rodzić, nie muszą.

Dla niektórych to mówię teraz jest herezją, naprawdę. I trochę jest mi smutno, że w przekonaniu niektórych osób zaszczytem jest urodzenie dziecka. Nie dla mnie. Dla mnie – choć dziecka nie posiadam na ten moment – jest to ciężka praca.

Dziecko to praca 24/7, gdzie nie ma przerwy; gdzie nie ma poprawiania błędów. Jeden błąd rzutuje na całym życiu dziecka i późniejszego rodzica. Dziecko to nie zaszczyt, to obowiązek – przepraszam najmocniej – do kurwy nędzy. Póki ludzie nie zdają sobie sprawy, że nie każda kobieta to matka-polka, nie widzę przyszłości tego kraju.

Wiesz, że w literaturze z okresu Młodej Polski istniały tylko dwa wzory kobiety? Kobieta-Maryja i kobieta-Ewa. Czyli albo matka-polka, albo grzesznica. Te dwa archetypy gdzieś tam dalej tkwią w głowach ludzi i dla nich świat jest czarno-biały; nie dla mnie, dla mnie jest pełen odcieni szarości.

Drugą opinią z jaką się spotkałam było: „największym wrogiem kościoła są lewaccy katolicy”. I w tym momencie częściowo chce mi się śmiać.

Kojarzysz te babcie wojujące różańcem i krzyżem, bijące świętymi przedmiotami dziennikarza? Kojarzysz tych obrońców pro-life, który plują jadem i nienawiścią, wyzywają kobiety od morderczyń? Wiesz może, że obrońcy pro-life za granicą Polski organizują zamachy na ludzi z opozycji? Kojarzysz księży grzmiących z ambony o tym, jak to trzeba walczyć o każde życie?

Nie mówię ani o głosie polityków, że „z gwałtów rodzą się dobrzy Polacy” czy „aborcja jest czymś znacznie gorszym niż molestowanie seksualne dzieci przez księdza”.

W takich sytuacjach przytaczam sobie kilka cytatów:

„Miłuj bliźniego swego, jak i ja was umiłowałem”;
„W przeciwieństwie do zwierząt, które kierują się głównie instynktem, przypominamy Stwórcę pod względem zdolności do przejawiania takich cech, jak miłość i sprawiedliwość. I podobnie jak Bóg mamy wolną wolę.”;
czy moje ulubione: „Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci w nią kamieniem” i „nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni”

Kimże ja jestem, by sądzić innego człowieka? Kimże ja jestem by narzucać mu swoją wolę? Kimże ja jestem by mówić innym co mają robić i decydować za nich? I kimże ja jestem by sądzić?

Może nie jestem dobrym katolikiem, ale uważam siebie za dobrego człowieka, który żyje według zasad boskich, a nie kościelnych. Bo potrafię oddzielić kościół od Boga i słucham przede wszystkim tego drugiego. Jeśli Bóg mówi: miłujcie się, to staram się miłować. Nie życzę swoim wrogom źle, nie używam wyzwisk walcząc z hejterami, nie sądzę ich podejścia, nawet jeśli się z nimi nie zgadzam.

I jeśli kobieta staje przed decyzją trudną moralnie: zabić i przeżyć czy urodzić i umrzeć, powinna to być jej decyzja. Nie moja, nie pani z różańcem na ulicy, ale jej decyzja, bo to jej sumienie.

Mogę powiedzieć, że to morderstwo i że Bóg chciałby by urodziła, ale kobieta ma wolną wolę i powinna sama podjąć decyzję. Czy to naprawdę takie dziwne podejście? Ale nauczyłam się już, że jestem lewackim katolikiem który zachęca do mordu. I na sam koniec, patrząc na tę całą wojnę polityczną i społeczną, muszę przytoczyć inny cytat, nie z Biblii:

(…) prawie dwa tysiące lat po tym, jak pewien człowiek został przybity gwoździami do drzewa, bo twierdził, iż byłoby wspaniale, gdyby tak dla odmiany ludzie spróbowali być mili względem siebie”.

I tym mało optymistycznym akcentem kończymy dzisiejszą #ŁawęNaKawę, a Was zapraszam do sekcji komentarzy, a najlepiej wyłączcie komputer i pogadajcie między sobą o tematach istotnych starając się przy tym nie pozabijać. Do usłyszenia! XOXO


Autor plakatu "We Can Do It": J. Howard Miller

jak walczyć z hejtem

Related Post

To Mały krok dla Ciebie, ale Wielki dla mnie - podziel się!

3 thoughts on “Czym jest feminizm, jak walczyć z hejtem i co z tą aborcją do cholery. #ŁawaNaKawę

  1. W połowie pierwszego akapitu przyszło mi do głowy, że to brzmi prawie jak cytat z Kingsajzu o krasnoludkach zachowawczych i radykałach. 😉

    1. Faktycznie:p W ogóle przypomniałeś mi, że był kiedyś taki film. Musze koniecznie sobie go odświeżyć przy najbliższej okazji. Dzięki!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *