Od niekochanego psa do Legalnej Blondynki. Maciek Pawlak i jego Mr. Hyde.

Od niekochanego psa do Legalnej Blondynki. Maciek Pawlak i jego Mr. Hyde.

   Obudziłem się później niż zwykle. Zbierało się na deszcz. Na zewnątrz było ciemniej niż zazwyczaj o tej porze. Gdy pierwsze krople zaczęły stukotać o szybę w kuchennym oknie, usłyszałem ciche powiadomienie. Przyszedł nowy mail.

Patrząc w ekran komórki nie mogłem uwierzyć, że Maciek zgodził się na wywiad. Po kilku nieprzespanych nocach, spojrzałem w lustro z wyrazem niepohamowanej ekscytacji i poczucia sukcesu. Udało się. Przyjemny dreszcz emocji przeszedł mi plecach. Wiedziałem, że ten dzień będzie niezwykły.

Ten turbo-dramatyczny wstęp niczym z "50 twarzy Graya", to niezbyt dobry dowcip, wytwór mojej wybujałej fantazji. Musiałem Was przecież jakoś zaintrygować. Nie zrażajcie się, później będzie znacznie weselej.

Mój dzisiejszy gość spowodował, że 28 razy ocierałem łzy ze śmiechu. Zdołał mnie również poruszyć swoją szczerością i ujmującą otwartością.

W następnym odcinku #ŁawaNaKawę, zapraszam Was na rozmowę z Maćkiem Pawlakiem - niezwykle utalentowanym aktorem musicalowym, który ma już za sobą duże kreacje, a przed sobą jeszcze większe.

Ostatnio mogliście podziwiać go na deskach Teatru Variete w Krakowie - zagrał obok Barbary Kurdej - Szatan w Legalnej Blondynce. Wcześniej widzieliśmy go m.in. w Rodzinie Addamsów, Dźwiękach Muzyki, I Have a Dream czy w Oskarowych Przebojach Muzyki FilmowejTo zaledwie czubek góry lodowej.

Jestem podekscytowany, ponieważ to jedyny aktor, którego znam, a poza tym jest po prostu zajebistym gościem z nietuzinkowym poczuciem humoru, lubi śpiewać w aucie, ma psa Huberta i posiada najładniejszy męski głos jaki słyszałem, nie licząc Michaela Buble i Franka Sinatry.

Pokora jest w tej pracy najlepszą przyjaciółką.

Max. do 12 minut czytania.


Ja: Masz dopiero 23 lata – za Tobą świetne role w Legalnej Blondynce, uznanym w całej Polsce musicalu Rodzina Addamsów (byłem, widziałem, polecam), teraz występy w Jesus Christ Superstar, czyli absolutny klasyk, który osobiście uwielbiam. Wcześniej Dźwięki Muzyki i I Have a Dream. Znasz Barbarę Kurdej – Szatan, Nataszę Urbańską, Janusza Józefowicza i cholera wie kogo tam jeszcze...
Trochę dużo się dzieje, a Ty masz jeszcze czas żeby karmić Huberta?

Posiłek zajmuje Hubertowi zwykle około piętnastu sekund (mimo że kupiłem mu specjalną miskę z bolcami, żeby spokojniej jadł). Ale ma to po mnie - non stop mam poparzone podniebienie od pośpiesznego jedzenia. Nie lubię, jak mi wystyga.

Myślę, że nawet prezydent obu Ameryk albo i sam papież zdołaliby ogarnąć się czasowo z karmieniem Huberta (chyba że mieszkaliby w Krakowie – w tych korkach to z niczym się nie da wyrobić). Zresztą przecież po to wszyscy harujemy – żeby nasze psy miały godne życie.

Hubert z pewnością żyje godnie. Rozmawiasz z nim czasem, gadasz do niego jak przygotowujesz się do roli? Czy raczej stoisz przed lustrem i rozmawiasz ze sobą? Jak wygląda Twój workflow (uwielbiam to słowo)?

Mój zawód niezbyt Huberta interesuje. Lubi muzykę, przy Debussym i Ralphie Vaughanie Williamsie momentalnie zasypia (zresztą Nine Inch Nails też go lula, ostatnio słuchałem przez dwa dni w ramach programu nadrabiania upokarzających życiowych zaległości), ale mój śpiew ma w dupie.

Może jest po prostu głuchy, nie wiem. Czasem próbuję przegadać z nim jakiś dialog, ale on jest dobry tylko w całowaniu i rozkładaniu nóg, a ja szczęśliwie jeszcze nie muszę się zapuszczać w te rewiry showbiznesu. Z drugiej strony znam dzięki niemu takie akrobacje, że w razie czego przyćmiłbym najjaśniejsze gwiazdy magazynów z najwyższych półek na stacjach benzynowych. Ale nie o tym, nie o tym.

Mój workflow jest bardzo prosty – dostaję litery i nuty, czytam je i uczę się ich na pamięć, a następnie intonuję wedle wskazań reżysera, wkładając w to całe swoje serduszko. To w skrócie. W praktyce często jest to zataczanie błędnych kół, niezrozumiała dla „normalnych“ ludzi frustracja narastająca wokół jakiegoś słowa, nuty, pląsu, dzikie akcje zachodzące w mojej głowie przez wspomnienia i emocje, które wywołuje we mnie praca nad sceną, burze w szklance wody spowodowane wysokim napięciem i chemią między aktorami podczas prób. Ale też inspirujące spotkania z porąbanymi ludźmi, mnóstwo zabawy i zero nudy, szalone pomysły i ciągłe przekraczanie swoich granic.

Sam proces powstawania spektaklu jest dość logiczny. Po próbach czytanych (siedzimy przy stole ze scenariuszami i poznajemy treść spektaklu) zaczynamy tworzyć. Czasem stawia się szkielet spektaklu i potem wypełnia każdą scenę kolejnymi warstwami. Czasem rzeźbi się scenę po scenie – tryb pracy zależy od reżysera. Jedni uczą się choreografii, inni w tym czasie śpiewają, pozostali robią scenę.

Kostiumograf i scenograf nas poznają, dopasowują swoje wizje do realiów miejsca i fizycznych warunków aktorów. I tak, cegiełka po cegiełce, powstaje coś pięknego. Premiera jest najsmutniejsza. Zawsze płaczę na ostatniej próbie, kiedy ustawia się ukłony.

zawód aktor

  To musi być wzruszająca chwila dla wszystkich. Z tego co mówisz to kawał solidnej harówy... skąd w ogóle pomysł na aktorstwo? W domu nie było "synu, nic nie zarobisz jako aktor, zostań lekarzem lub prawnikiem"? Od kiedy wiedziałeś, że to jest TO?

Od dziecka lubiłem występować, uczyłem się tego i owego z kręgu sztuk wszelkich (poza plastycznymi – dość szybko okazało się, że do rysowania nie mam zupełnie talentu, delikatnie mówiąc). Zacząłem w wieku 4 lat od lekcji gry na fortepianie u starej pani, która miała rude, natapirowane włosy, na dźwięk G mówiła „ge“ i kazała mi pić mleko sojowe z jej kubka. Tyle pamiętam z lekcji. I jeszcze jedną piosenkę o koziołeczku:

Była babuleńka z rodu ubogiego
Miała koziołeczka bardzo wesołego
Fik, mik!

Fik, mik!

Hopsasa!

Mazurasa! Obertasa! Fiuta! Fiuta!

I dalej coś tam, moja pamięć sięga tylko fiuta.

Potem prywatne zajęcia w szkole Yamaha i początek śpiewania (ksiądz na katechezie powiedział, że mam głos jak słowiczek, a potem taka pani dała mi 10 zł po jakimś moim występie. Do dziś mam ten banknot.). Pewnego razu w szkole podstawowej zostałem wybrany do roli Małego Księcia. Miałem koronę, berło, pelerynę i rajtuzy i mówiłem mądre słowa z takim zrozumieniem i wdziękiem, że wszystkie panie nauczycielki się popłakały (dziecięca widownia mnie zlała).

To chyba był cichy przełom, ale wtedy nie miałem jeszcze pojęcia, co chcę robić w życiu (przypominam, że dopiero je przecież rozpocząłem). Po kilku latach wszystkie zajęcia muzyczne się nagle pokończyły i…

No właśnie, jak zacząłeś? Jaka była Twoja pierwsza rola i w jaki sposób ją dostałeś?

Gliwicki Teatr Muzyczny ogłosił nabór do młodzieżowej grupy warsztatowej GTM Junior. Moja mama usłyszała o tym i zachęciła mnie do zgłoszenia się. „Nie będę grał żadnego pieprzonego dalmatyńczyka“ – oświadczyłem dumnie, bo miałem już te dwanaście lat i sporo do powiedzenia - czytałem książki z momentami, a także znałem nazwy różnych samochodów, narkotyków i X-Menów.

No, a rok później gibałem na scenie, cały w biało-czarne centki i śpiewałem o tym, jak to smutno jest być niekochanym psem. Ale to nie była moja pierwsza rola w GTM, wcześniej zagrałem jeszcze Indianina. Było kolorowo.

W GTM Junior byłem przez pięć lat, a w międzyczasie rozpocząłem naukę w państwowej szkole muzycznej w klasie saksofonu oraz dostałem pierwszą rolę w prawdziwym GTM-ie, jak się domyślasz - za grube hajsiwo. Zagrałem Pinokia. To był szał. Grałem go przez 7 lat, ostatnio po ponadrocznej przerwie powróciłem, bo mój młodszy zmiennik przechodzi mutację i skrzeczy.

Hahaha, ok, dzięki za szczerość... No dobrze, temat na czasie: Gliwicki Teatr Muzyczny – jesteś wkurzony czy wkurwiony?

Nie mam słów. Pojawiłem się w teatrze jako dzieciak. Niedawno uderzyło mnie to, że niektórzy obserwują mnie tam od samego początku i obdarowują mnie od lat życzliwością. Mało kto dostaje tak komfortowy rozbieg w teatrze.

Jestem wkurzony, bo tracę miejsce, w którym przeżyłem tyle wspaniałych chwil i które kształtowało mnie w najważniejszych latach mojego życia. Ale ja to pikuś. Jak pomyślę o tym, że ludzie, którzy przepracowali tam nawet ponad trzydzieści lat, nagle są wyrzuceni na bruk i to tak po chamsku i żeby bolało, to szlag mnie trafia.

Debilne decyzje podjęte przez ludzi, którzy mają w dupie kulturę, bo miejski hajs musi się zgadzać, pozbawiają kilkadziesiąt osób pracy, a miasto – ducha. Teraz nie umiem myśleć o władzach miasta inaczej jak o takich januszach, które jeżdżą BMW z fioletowymi szybami i bez tłumika w klapkach i skarpetach, słuchają w nim „Ona tańczy dla mnie“, a jak mijają księgarnię, to dostają gęsiej skórki.

No wzorcowe egzemplarze z fabryki głupków. A głupki mnie wkurwiają.

Mnie też. Cholernie Wam współczuję.
Ok, poprawmy nastrój - sprzedasz mi jakieś fajne anegdoty z castingu, z planu, zza kulis? No dawaj, takie plotki, ploteczki.

One zwykle najbardziej bawią nas na scenie, potem jak to komuś opowiadam, to reakcją jest uprzejmy, ponaglający uśmiech. Najśmieszniej jest, jak ktoś się pomyli albo wywali – wszyscy się lubimy, ale cudze nieszczęście zawsze jest super.

Choć czasem bywa naprawdę niebezpiecznie – ja sam spadłem ze sceny podczas spektaklu i złamałem nagdarstek. Na adrenalinie dzieją się różne rzeczy – ludzie tańczą na złamanej nodze, nie czują krwotoku, schodzą ze sceny i tracą głos, a potem wracają i śpiewają przed ludźmi jak nigdy wcześniej.

Czasem sprzęt zawiedzie albo akustyk zaśpi i widownia słyszy komentarze aktorów, którzy dopiero zeszli ze sceny. Zwykle wulgarne. Graliśmy z Nataszą Urbańską łzawą scenę, w której ona mnie przepraszała, bo zawaliła w takiej tam sprawie.

No i jedziemy z dramatycznymi pauzami, napięcie rośnie, aż tu nagle słyszę na cały teatr moją koleżankę przez głośniki: „nie no, ta to jest jednak pizda!“. Umarliśmy na chwilę i graliśmy dalej.

zawód aktor
Barbara Kurdej - Szatan i Maciek Pawlak na scenie "Legalnej Blondynki"

Jak się z kimś skumasz, to masz niezliczone możliwości dowcipkowania podczas spektakli, byle tylko widownia nie zauważyła. W „Dźwiękach muzyki“ przynosiłem Andrzejowi Skorupie telegram. Za każdym razem było w nim coś innego – różne kompromitujące fotomontaże, rozpuszczona czekolada, skarpetka, rozsmarowany krem do rąk.

Czasem komuś pękną spodnie na dupie – mi ostatnio w „Legalnej Blondynce“ tuż przed ukłonami. W ogóle kostiumy i dekoracje lubią płatać figle – w „Rodzinie Addamsów“ po prostu schowałem się za koleżanką w finałowej scenie i płakałem ze śmiechu, gdy Gomezowi (Tomek Steciuk) widać było pół zabandażowanej głowy spod zrolowanej peruki (z widowni na pewno nie było nic widać, ale ja się prawie posikałem).

Raz na jakiś czas następuje zbiorowa głupawka i wtedy jest najtrudniej - nie ma w kim szukać ratunku. Co do plotek – uwielbiam. Jak w amerykańskich serialach. Każdy z każdym.

Właśnie mam przed oczami ten Twój napad niepohamowanej śmiechopadaki za kulisami XD
Ok, myślisz - "chcę zagrać w tym" - i idziesz na casting? Jak to wygląda? Dostajesz propozycję nie do odrzucenia? Siadasz na laptopie i wchodzisz na infopraca > szukamy aktora?

Propozycje pojawiają się rzadko, polski rynek musicalowy wchodzi zdecydowanym krokiem w zachodni system – otwarte castingi. Możesz wejść z ulicy i spróbować swoich sił. Niejeden talent został w ten sposób odkryty.

Nie jestem w pozycji do wybierania sobie ról, ale czasem rezygnuję z castingu, jeśli wiem, że naprawdę nic mnie w danej produkcji nie interesuje i będę się tylko denerwował podczas pracy. Nie do wszystkiego też się nadaję między innymi ze względu na mój gówniarski wygląd.

zawód aktor

Domyślam się, że trudno się przebić, ale Tobie na razie się to udaje... jeszcze długa droga? Czy nigdy nic nie wiadomo, nagle ktoś doceni Twój niezwykły talent i zadzwoni z propozycją zagrania roli w telewizji? Tak to się odbywa? Dostajesz telefon? Może maila? A może telewizja Cię na razie nie interesuje?

Teatr, telewizja i film to odrębne branże. Jakoś nigdy nie ciągnęło mnie na ekrany, świetnie się czuję na deskach teatru. W tej dziedzinie wciąż jestem na początku, tak lubię sobie myśleć. Pokora jest w tej pracy najlepszą przyjaciółką.

[bctt tweet="Pokora jest w tej pracy najlepszą przyjaciółką - Maciek Pawlak"]

Prawda jest też taka, że konkurencja jest spora, co chwilę pojawia się ktoś niezwykle utalentowany, z kim przychodzi mi stawać do walki o rolę. Trzeba się rozwijać i wierzyć w siebie. A tak naprawdę ostatecznie wszystko zależy w dużej mierze od szczęścia i kontaktów. Tak to już jest.

Podobno nie ma głupich pytań: Wolisz śpiewać w aucie czy pod prysznicem?

Auto jest moją salą prób. Przestałem się już przejmować rozbawionymi spojrzeniami kierowców na sąsiednich pasach. Drę japę bez skrępowania – gdzieś trzeba, a w domu się wstydzę, bo słabo się znamy z sąsiadami. Prysznic biorę w ciszy, szum wody mnie koi.

Zaproszę Cię kiedyś do mnie na karaoke w aucie, będzie tak jak u James'a Cordena. Trudno, że pozabijamy przechodniów.
Nienormowany czas pracy to chyba niezłe wyzwanie? Dużo planujesz czy zdajesz się na los? Zarządzasz czasem? Jesteś swoim własnym life-coachem (kocham to słowo)?

Zawodowo ogarniam. Wszystko się da, jeśli masz do dyspozycji samochód, komórkę z internetem oraz nianię dla psa. Prywatnie ostatnio odkryłem, że im mniej sobie planuję, tym więcej robię. To chyba nie jest wzorcowe zarządzanie czasem. Swoim coachem też na pewno nie jestem. Niczyim. Niech nikt mnie o to nie prosi, bo marnie skończy i to nie będzie moja wina.

Trochę poważniej: jako aktor sprzedajesz swoje "artystyczne wykonanie" i w ten sposób zarabiasz. Czy trudno jest dogadać się z producentem, władzami teatru czy z kimkolwiek tam się dogadujesz? Miałeś kiedyś jakieś nieporozumienia na tle prawnym, niesprawiedliwe traktowanie? Mało osób patrząc na aktorów zdaje sobie sprawę, że przecież oni też musza podpisywać umowy i rozliczać się z ZUSem...

Zdarza się, że moje artystyczne wykonanie ma dla producenta znacznie niższą wartość niż dla mnie. Wartość wyrażaną w złotych polskich. To są przykre, ale w moim przypadku dość rzadkie momenty.

Nigdy nie spierałem się z moimi pracodawcami na tle prawnym, zwykle nikt nie chce nikomu zrobić krzywdy i nikt nikogo do niczego nie zmusza, a ja uczę się od lat, że spokojna, rzeczowa rozmowa bez teatralnych krzyków i omdleń zwykle prowadzi do jakiegoś porozumienia.

No tak, to powinien sobie każdy polityk wyryć w marmurze w swoim przedpokoju.
Dobra, coś bardziej seksownego: Harry Potter. Twoja miłość i fascynacja (moja również). Co byś zrobił gdybyś nagle zobaczył całą ekipę aktorów z Harrego Pottera na mieście w restauracji? Nie pytam bez powodu - pewnie kiedyś sam będziesz obskakiwany przez zgraję psychofanów. Masz skrupuły czy raczej "ech, to przecież część ich pracy"?

Stałbym i płakał. Pewnie bym zemdlał albo się zsikał. Nie wiem. Na samą myśl serce wali mi jak oszalałe i się pocę. Mam nadzieję, że nie będę w życiu obskakiwany przez nikogo poza pieskami i innymi zwierzątkami – mam lęki związane z tłumami i interakcją z obcymi osobami. PS. Jestem z Ravenclawu. To ten dom dla najmądrzejszych.

Mógłbym pomyśleć wszystko, ale nie, że masz lęki związane z tłumem.
Za każdym razem masz tremę jak wychodzisz na deski? Czy za "entym" razem jest już tylko "jeny, znowu to samo..."?

Między tremą, a znudzeniem jest jeszcze cała gama odczuć. Zwykle nie mam wielkiej tremy, bo przecież to lubię. Lekki dreszczyk emocji zawsze mi towarzyszy, motywuje, pobudza.

Bywają dni, kiedy w życiu dzieje się coś takiego, że wyjście na scenę zdaje się ponad moje siły, no ale trzeba wyjść, zagrać, zaśpiewać, uśmiechać się i po trzech godzinach siąść w ciszy i dojść do siebie. Ale nie lubię mówić sobie „nie chce mi się“, bo to nie jest prawda. Zawsze mi się chce.

zawód aktor
                                                                           Kaja Mianowana i Maciek Pawlak

Pytanie o sens życia: Nieważne gdzie żyjesz, nieważne jak żyjesz, nieważne ile zarabiasz, ważne, że robisz to co kochasz?

Jeśli zarabiałbym mniej niż potrzebuję, robiąc to co kocham, to zacząłbym się zastanawiać nad zmianą pracy. W końcu pewnie przestałbym kochać teatr i siebie. Fajnie by było żyć z tego jeszcze przez długi czas, ale nie za wszelką cenę.

„[poverty] is not an ennobling experience. Poverty entails fear, and stress, and sometimes depression; it means a thousand petty humiliations and hardships. Climbing out of poverty by your own efforts – that is something on which to pride yourself, but poverty itself is romaticised only by fools.“

Wiesz, kto to powiedział? J. K. Rowling.

zawód aktor

 Jesteś jedynym aktorem, którego znam i w sumie to całkiem ekscytujące! (Nie licząc Benedicta Cumberbatcha, którego poznałem w Krakowie. Pytał skąd takie dziwne imię... I tak pewnie już zapomniał, gamoń jeden.). Z drugiej strony jesteś normalnym gościem, z zajebistym poczuciem humoru i dużą charyzmą, masz psa, jesz, pijesz, oddychasz. Popadasz w czasem w konflikt osobowości? Schodzisz ze sceny i "kurde, gdzie ja jestem i kim jest ten gość w lustrze?" Jesteś jak Heath Ledger i Joker? Dr Jekyll i Mr Hyde?

Wiesz, ja gram w musicalach. Nie chcę ich deprecjonować w żadnej mierze, ale to jest inny kaliber sztuki. Inne aktorstwo, inne role. Oczywiście trzeba im poświęcić równie sporo uwagi i wejść w nie bez reszty i to bardzo pomaga w rozprawianiu się w różnymi osobistymi sprawami.

Wydaje mi się jednak, że my w musicalu ze względu na formę i treść naszych sztuk jesteśmy trochę mniej narażeni na rzeczywiste, poważne i wynikające z pracy problemy psychiczne, z którymi istotnie mogą borykać się aktorzy dramatyczni. Oni bywają często wystawiani na poważne próby i muszą dźwigać olbrzymi bagaż emocji, kreując różne „poważne role“. My nawet jak chwilę popłaczemy na scenie, to zaraz potem mamy moment na tańcowanie i endorfiny robią swoje.

W Polsce aktorzy filmowi mają też cieplarniane warunki, jeśli chodzi o współżycie z mediami i fanami. Porównaj sobie to polskie celebryckie podwórko z amerykańskim. To jak „Teletubisie“ i „Egzorcysta“. W teatrze to ma jeszcze mniejszą skalę, a w muzycznym – prawie tego nie ma.

Jeśli miewam jakieś wątpliwości, to bardziej związane z moją społeczną przydatnością czy jakością tego, co robię. No i raz na jakiś czas sprawdzam bilety lotnicze na Nową Zelandię, Islandię, do Szkocji albo do południowej Argentyny.

Jak coś fajnego się trafia, fantazjuję chwilę, jak by to było, gdybym pieprznął tym wszystkim i pojechał pasać owce, warzyć ser albo coś takiego. Albo budować domy z drewna w Kanadzie. To jest mój Mr Hyde.

islandia interior

Flanelowa koszula, broda, siekiera i wypas owiec... Count me in!
Na koniec krótko. Ława na Kawę: Trzy rzeczy, które motywują Cię do pracy?

Głód, Hubert, miłość. Interpretacja dowolna.

Jedz, miej psa i kochaj. Brzmi dobrze.
Dzięki za niezliczone salwy śmiechu i poruszające słowa. Było mi jak zwykle szalenie miło, do zobaczenia! P.S. Jestem Gryfonem.


zdjęcie tytułowe i profilowe: Ewelina Słowińska,

zdjęcia w treści: 1,2,3: Łukasz Popielarczyk, 4. Filharmonia Opolska 5. Artur Wacławek, 6. Demetriusz Wenglarczyk

zawód aktor

Related Post

To Mały krok dla Ciebie, ale Wielki dla mnie - podziel się!

2 thoughts on “Od niekochanego psa do Legalnej Blondynki. Maciek Pawlak i jego Mr. Hyde.

  1. Super wywiad !, Bo super klimat w pytaniach i odpowiedziach. Jak pięknie między słowami można siebie zarysować …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *